Autor: Maciej Nowocień

Zdrowie jest najważniejsze, czyli wokół meczu PGE Skry z Indykpolem AZS

- Zdrowia, bo ono jest najważniejsze - nie ma sportowca, który odpowiedziałby inaczej na pytanie, czego mu życzyć na nowy rok czy zbliżający się sezon. Ostatni mecz Pucharu Polski pomiędzy PGE Skrą a Indykpolem AZS Olsztyn dał w tym temacie dużo do myślenia.

Warszawa, godz. 11.30. Milad Ebadipour oraz Seyed Mohammad Mousavi, czyli irańscy zawodnicy PGE Skry i Indykpolu AZS, którzy w niedzielę wywalczyli w chińskim Jiangmen awans na igrzyska olimpijskie, lądują na Okęciu. Po 18-godzinnej podróży (z Kantonu przez Dubaj) odbierają bagaże i wsiadają do samochodów. Dobrze, że obaj mają kierowców, bo zmęczenie to jedno, ale siedmiogodzinna różnica czasu pomiędzy Jiangmen a Polską robi swoje. W Bełchatowie są ok. godz. 14 i za sześć i pół godziny mają rozpocząć ćwierćfinałowy mecz Pucharu Polski. Ten jedyny, który decyduje o awansie do turnieju finałowego.

Trudno znaleźć osobę, która po tak wyczerpującej podróży, a wcześniej rozegraniu pięciu meczów w kwalifikacjach olimpijskich (zarówno Milad, jak i Seyed są kluczowymi postaciami w reprezentacji Iranu) po sześciu godzinach stawiłaby się w pełnej gotowości do pracy. To jednak sportowcy - obaj dołączają do swoich zespołów i chcą pomóc w walce o awans. W takim przypadku ich udział w meczu może mieć znacznie więcej negatywnych, niż pozytywnych konsekwencji. - Dlatego wspólnie z trenerem Michałem Mieszko Gogolem podjęliśmy decyzję, że nie skorzystamy z Milada. Wynik sportowy jest dla nas bardzo ważny, ale najistotniejsze jest zdrowie człowieka - mówi Konrad Piechocki, prezes PGE Skry, który rok wcześniej sam miał poważne problemy zdrowotne i od tamtej pory znacznie bardziej o siebie dba.

Gogol: - Nie wiem, jakimi bylibyśmy ludźmi, nie mówiąc już o sporcie, gdybym kazał Miladowi wyjść na boisko po takiej podróży, przy takiej zmianie stref czasowych. W momencie rozpoczęcia meczu, czyli w Polsce o godz. 20.30, w głowie Milada była 3.30, bo nie zdążył przestawić się z czasu chińskiego. Dla mnie to niewyobrażalne.

Ebadipour przyjechał jednak do hali Energia, był w składzie i gdyby usłyszał jedno słowo, wyszedłby na boisko. - Jestem zmęczony, ale to moje marzenie, żeby tutaj być, grać z tymi zawodnikami, z tym sztabem, dla tego klubu... To niesamowite uczucie i trzeba tutaj być, żeby to zrozumieć - mówił uśmiechnięty przyjmujący, a trener Gogol dodał: - Ja również chciałem, żeby Milad był z drużyną z dwóch powodów: musiał wrócić, poczuć ducha drużyny, hali, atmosferę meczową, a nawet czasem coś doradzić. Drugi powód był prozaiczny: żeby nie spał i jak najdłużej wytrzymał na emocjach meczowych. Wszystko, by zniwelować różnicę czasową. Po spotkaniu oczywiście mógł się spokojnie wyspać.

Klucza problemu trzeba jednak szukać nie w klubach czy sztabach i ich decyzjach, ale terminie meczu wyznaczonym na 14 stycznia przez Polską Ligę Siatkówki, organizatora rozgrywek o Puchar Polski. To tylko przypuszczenia, ale widocznie decydenci nie wzięli pod uwagę faktu, że azjatyckie kwalifikacje olimpijskie kończą się później, niż europejskie. - Powinno się umożliwić występ wszystkim drużynom w najmocniejszych składach z zachowaniem przede wszystkim racjonalności. Mam na myśli bardzo ważną rzecz, czyli zdrowie zawodników. Stąd nasza prośba, by dać odpocząć Irańczykom wracającym z turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk olimpijskich. Nawet doba ze względu na różnicę czasu miałby spore znaczenie. Dlatego uważam za niezrozumiałą decyzję, dlaczego nie uwzględniono tego faktu i postawiono nas pod ścianą, a tym samym uniemożliwiono nam skorzystanie zawodnika z wysokim kontraktem w meczu o stawkę, czyli ćwierćfinale Pucharu Polski - podkreśla Piechocki.

A o tym, jak zdrowie w przypadku ważnych zawodników jest ważne, przekonał się również Indykpol AZS, który tuż przed meczem stracił Wojciecha Żalińskiego, który jest ważnym ogniwem olsztyńskiego zespołu. Przyjmujący się rozchorował i mecz obejrzał z łóżka Dworu Polskiego, gdzie nocował zespół ze stolicy Warmii. - Nasz klub i sztab medyczny zrobili wszystko, by zapewnić przyjmującemu jak najlepszą opiekę w Bełchatowie. Niestety, Wojtek nie zagrał w meczu, a szkoda, bo zależało nam na jak najwyższym poziomie sportowym - rozkłada ręce Piechocki.

Ostatecznie PGE Skra, bez Ebadipoura na boisku, wygrała mecz 3:1 i zagra w turnieju finałowym, który zaplanowano na 14-15 marca (miejsce zostanie wkrótce oficjalnie podane). - Z Pucharu Polski wychodzi tylko jeden zadowolony, czyli zwycięzca. Posmakowaliśmy już tego uczucia siedmiokrotnie wygrywając to trofeum. Oczywiście, wchodząc we wtorek do półfinału tegorocznego turnieju na pewno myślimy o tym, żeby go wygrać - mówi Piechocki. - Wszystko małymi krokami. Droga do zwycięstwa jest jeszcze daleka. Trzeba wygrać w półfinale, a tam czeka na nas głodna sukcesu VERVA Warszawa ORLEN Paliwa. Zwycięstwo jest również ważne w kontekście dalszej części sezonu, bo Puchar Polski może napędzić do walki o mistrzostwo Polski. Kilka lat temu Puchar Polski miał jednak jeszcze większe znaczenie, bo dawał przepustkę do Ligi Mistrzów. Szkoda, że tak już nie jest, bo to zawsze większa wartość.

Co ciekawe, PGE Skra jest jednym z dwóch zespołów w najlepszej czwórce Pucharu Polski, którą prowadzi polski trener. - Dlatego z całego serca życzę polskiemu trenerowi, żeby po sześciu latach przerwy zdobył Puchar Polski. I niech będzie to Mieszko - śmieje się Piechocki.