Autor: Maciej Nowocień

Magdalena Gogol: Czas spędzony z Mieszkiem to zawsze czas wyjątkowy

Jaki jest idealny dzień Michała Mieszko Gogola? Jak reaguje na zwycięstwa i przegrane? Jak wspólnie z rodziną radzą sobie podczas nieobecności? Jak zmienił się przez ostatnie dziesięć lat? Na te i wiele innych pytań w dzień 10-lecia debiutu Gogola jako pierwszego trenera opowiada Magdalena, żona pierwszego trenera PGE Skry Bełchatów.

Dziś Mieszko świętuje swój jubileusz 10-lecia pracy jako pierwszy trener. W 2010 już się znaliście, ale parą jeszcze nie byliście.
Magdalena Gogol: - Jubileusz rzeczywiście jest wyjątkowy, ponieważ 10 lat temu Mieszko miał dopiero 25 lat, a już dostał szansę prowadzenia zespołu jako pierwszy trener. Znaliśmy się, to prawda, jednak wtedy każde z nas miało swoje życie - ja w Poznaniu, Mieszko w Częstochowie.

Standardowe pytanie do siatkarza brzmi: “jak się zaczęła twoja przygoda z siatkówką”, ale jeśli zapytam o to, jak się poznaliście, sztampy chyba nie będzie.
- Poznaliśmy się w 2002 roku, w Świnoujściu. Mieszko grał wtedy jako rozgrywający w II-ligowej drużynie Maratonu Świnoujście, a ja przychodziłam na mecze kibicować. Przedstawiła nas sobie wspólna znajoma i przez kilka kolejnych lat utrzymywaliśmy kontakt telefoniczny i przez internet.

Mieszko z 2010 roku, a Mieszko z 2020 roku to inni ludzie? Jak się zmienił?
- Dla mnie Mieszko zawsze będzie tym samym, odważnym rozgrywającym z “5” na koszulce i zawadiackim uśmiechem (śmiech). Na pewno, jak każdy z wiekiem, wydoroślał, trochę spoważniał, nabrał wiedzy i doświadczenia.

Jest powiedzenie, że sportowcy potrafią się zmienić po narodzinach dzieci. Miłosz i Maksym również zmienili Mieszka?
- Chyba każdy zmienia się po narodzinach dzieci, nie tylko sportowcy. Trzeba na nowo ustalić swoje priorytety i przeorganizować życie, bo jest się odpowiedzialnym już nie tylko za siebie. Mieszko po narodzinach dzieci na pewno jest jeszcze bardziej zorganizowany i odpowiedzialny.

Andrzej Kowal powiedział, że kiedyś Mieszko podchodził do niektórych rzeczy bardziej emocjonalnie, dziś analizuje na chłodno.
- Jest w tym dużo racji. Na pewno teraz jest trochę bardziej stonowany i stara się trzymać nerwy na wodzy.

Mieszko to bardzo ambitny człowiek. Bartek Kurek powiedział, że od dawna widać było, że Mieszko potrzebuje większych wyzwań, niż “tylko” praca statystyka...
- Zgodzę się z Bartkiem, Mieszko jest bardzo ambitny i cały czas chce się rozwijać. Dużo czyta, analizuje, ogląda wartościowe filmy o tematyce sportowej. Od kiedy go znam, jego marzeniem było, żeby zostać trenerem, jednak chyba sam się nie spodziewał, że tak szybko to się spełni.

Razem byliście od czasu pracy przez Mieszka w Rzeszowie. Tam zaczęły się sukcesy.
- Nasz pierwszy wspólny sezon to 2013/2014. Mieszko w Rzeszowie był już dwa lata i zdobył dwa mistrzostwa Polski. Przez kolejne lata rzeczywiście było dużo sukcesów, kolejne mistrzostwo i wicemistrzostwa Polski, srebro Ligi Mistrzów i jeszcze sukcesy z reprezentacją Polski. Oczywiście każdy medal to wielka radość i świętowanie, każdy na pewno też smakował inaczej. Wierzę jednak, że największe sukcesy jeszcze przed nami!

A reprezentacja Polski?
- Mieszko pracuje w kadrze od kiedy pamiętam, w różnym charakterze i z różnymi drużynami. Był tylko jeden sezon, w 2017 roku, kiedy urodził się Maksym i wtedy rzeczywiście miał przerwę i czas dla nas. Na swoim koncie ma medale Pucharu Świata, Ligi Światowej, mistrzostw Europy i mistrzostw Świata. Sezon kadrowy zupełnie różni się od ligowego, jest więcej wyjazdów, mniej czasu dla rodziny. Często musimy naprawdę kombinować, żeby spędzić trochę czasu razem. Dlatego każdy ze zdobytych medali cieszy jeszcze bardziej, gdyż jest poczucie, że ta ciężka praca, poświęcenie, długa rozłąka z rodziną, “opłaciły się”, a duma i radość wszystko rekompensują.

Kiedy drużyna Mieszka wygrywa mecz, to w domu…?
- Jak to w domu, nadal trzeba wykąpać i położyć dzieci spać, posprzątać, przygotować kolację (śmiech). Wszyscy się oczywiście cieszymy i gdy dzieci zasną, to świętujemy jakimś drinkiem przy ulubionej muzyce.

A te słabsze momenty? Mieszko mocno to przeżywa?
- Jeśli mam być szczera, to wszystkie słabsze momenty odczuwa cała rodzina. Trudno jest oddzielić pracę od domu, kiedy, tak jak Mieszko, w pracy jest się w zasadzie cały czas. Czasem niby jest w domu, ma “dzień wolnego”, ale widać, że myślami jest z drużyną, analizuje, zastanawia się. Nagle jakiś pomysł wpada mu do głowy i biegnie coś sprawdzić czy zapisać w komputerze. W takich momentach też dużo więcej “wisi na telefonie”, rozmawia z członkami sztabu, zawodnikami, prezesem lub tatą. Pomagamy mu, jak możemy i staramy się go wspierać, chociaż oczywiście stres udziela się wszystkim.

Na pewno niełatwy czas czekał Was podczas pracy w Szczecinie. Mieliście osiąść na swoim terenie, a wszyscy wiemy, jak to się skończyło… Wasze wsparcie było pewnie nieocenione.
- Rzeczywiście, kiedy klub zbankrutował i wszystko posypało się jak domek z kart, spotkało nas wielkie rozczarowanie. Nie tak to miało wyglądać i chociaż od początku patrzyliśmy na cały ten projekt z pewnym dystansem, to tliła się w nas nadzieja o wielkiej siatkówce w Szczecinie, gdzie czujemy się praktycznie jak w domu. Wtedy też dowiedzieliśmy się, że jestem w drugiej ciąży, więc skumulowało się dużo emocji i stresów. Akurat dobrze się złożyło, że kluby z Jastrzębia i Olsztyna chciały zmienić trenerów, więc przenieśliśmy się na Warmię. Nie było więc czasu na rozpaczanie i rozpamiętywanie. Pozostał tylko żal i niedosyt, że ten projekt nie wypalił. Nie zwieszamy jednak głów i w głębi serca wierzymy, że jeszcze kiedyś do Szczecina wrócimy.

Większość pytań w naszej rozmowie dotyczy siatkówki. Byłaś kiedyś o nią zazdrosna?
- Zazdrosna raczej nie, sama kiedyś grałam w siatkówkę, więc taki tryb życia nie był dla mnie zaskoczeniem. Są takie dni, gdy złoszczę się, że Mieszko więcej czasu i uwagi poświęca drużynie, niż rodzinie, ale staram się być wyrozumiała. Wiem, że siatkówka to jego pasja, spełnia swoje marzenia i jestem zdania, że każdy sukces sportowca to sukces całej rodziny.

Zmiana tematu: czy Mieszko potrafi być romantyczny?
- Zdarza mu się (śmiech).

Czyli przykładowo po długiej rozłące możecie liczyć na wyjątkowy czas?
- Wyjątkowy czas jest wtedy, gdy Mieszko jest z nami i ma trochę więcej wolnego, jak na przykład teraz, podczas pandemii. Oczywiście nadal ma swoje obowiązki, jednak w końcu jest okazja nadrobić ten czas, gdy ciągle był w hali lub na wyjeździe. W sezonie klubowym tych wolnych dni jest niewiele, nawet jak nie ma w planie treningu, to Mieszko zawsze ma dużo pracy. Kiedy sezon się kończy, z reguły jest kilka dni przerwy przed rozpoczęciem sezonu kadrowego i wtedy jest okazja na jakieś wakacje. Sezon kadrowy to już zupełnie inna historia, są kilku-, kilkunastodniowe zgrupowania, turnieje, dużo wyjazdów i gdzieś w tym wszystkim „dni wolne”, które czasem w połowie trzeba przeznaczyć na dojazd do domu i z powrotem na kolejne zgrupowanie. Trzeba się naprawdę nagimnastykować, żeby móc spędzić czas razem. Najczęściej spotykamy się gdzieś w połowie drogi lub po prostu przyjeżdżamy na mecze reprezentacji i korzystamy z wolnych chwil między treningami, odprawami i meczami. W zależności od sezonu i liczby imprez, w których bierze udział reprezentacja, czasem jest też jakaś dłuższa przerwa między zgrupowaniami lub roszady w sztabie, które umożliwiają zorganizowanie wspólnego mini-urlopu. Ponadto grafik często się zmienia i zależy np. od rezultatów poszczególnych meczów, więc ciężko jest cokolwiek zaplanować. Dlatego, tak jak wspomniałam, wyjątkowy czas jest zawsze jak mamy możliwość być wszyscy razem. Staramy się ten czas doceniać i wykorzystać w stu procentach.

Jak sobie radzicie podczas nieobecności Mieszka?
- W sezonie klubowym wyjazdy są najczęściej krótkie, trwają maksymalnie dwa, trzy dni, także wtedy trzymamy się naszego stałego rytmu dnia. Starszy syn chodzi do przedszkola, staram się też zawsze zaplanować jakąś wyjątkową atrakcję, jak spacer w ciekawe miejsce albo wizytę w sali zabaw. Każde lato, kiedy Mieszko wyjeżdża na zgrupowanie kadry, spędzamy w Świnoujściu, gdzie atrakcji jest pod dostatkiem i możemy liczyć na pomoc stęsknionej rodziny.

Idealny dzień Mieszka to…?
- Leżak w słońcu, mecz Premier League i London Pride w ulubionym pokalu!

Rzeszów, Szczecin, Olsztyn, Bełchatów… Mieszkaliście już w wielu miejscach. To trudne?
- Tak, ale ja nie lubię narzekać i staram się szukać pozytywów. Poznajemy nowe miejsca, nie wpadamy w rutynę i ciągle się coś dzieje. Niebawem trzeba będzie jednak gdzieś zapuścić korzenie, może kiedy dzieci zaczną chodzić do szkoły i nawiążą przyjaźnie. Na razie jednak, póki nikomu nie dzieje się krzywda, to jakoś radzimy sobie z częstymi przeprowadzkami (śmiech).

Miłosz i Maksym już teraz podpatrują tatę i jego drużynę w hali Energia i nie tylko. Mieszko chciałby, by zostali siatkarzami i kontynuowali tradycję rodzinną?
- Na pewno będziemy ich zachęcać do aktywności fizycznej, w końcu oboje wiemy ile korzyści i frajdy przynosi sport i bycie częścią drużyny już od najmłodszych lat szkolnych. Jesteśmy jednak zgodni, że niczego nie będziemy im narzucać, pokażemy im różne opcje i będziemy obserwować, co sprawia in szczególna przyjemność lub do czego mają talent.

10 lat pracy jako pierwszy trener już za Mieszkiem. A gdzie widzisz go za kolejne dziesięć?
- Ostatnie lata nauczyły nas, że nie ma sensu wybiegać z planami za daleko w przyszłość, bo życie jest nieprzewidywalne i wszystko może się zmienić w jednej chwili. Obecna sytuacja pandemii jest tego najlepszym przykładem. Dlatego zamiast wymyślać, wolę życzyć Mieszkowi i całej naszej rodzinie żeby przez kolejne 10 lat dopisywało nam zdrowie i szczęście, bo w ostatecznym rozrachunku to jest najważniejsze.