czwartek, 29 listopad 2018 14:07

Ireneusz Mazur: Wlazły zawsze będzie najistotniejszą postacią w historii PGE Skry

Ireneusz Mazur: Wlazły zawsze będzie najistotniejszą postacią w historii PGE Skry

Dokładnie 15 lat temu Mariusz Wlazły zadebiutował w rozgrywkach Polskiej Ligi Siatkówki, a jednocześnie w drużynie PGE Skry. Trenerem bełchatowian był wówczas Ireneusz Mazur, który podzielił się z nami różnymi historiami na temat legendy mistrzów Polski.

Co myśli pan, gdy słyszy nazwisko Mariusza Wlazłego?
Ireneusz Mazur: - Przede wszystkim, że to wspaniały siatkarz z piękną historią, zarówno klubową, jak i reprezentacyjną. To jeden z niewielu zawodników, który od początku do końca jest wierny barwom klubowym, w których występuje. To jest związane z charakterem Mariusza i jego etyką sportową. Faktem jednak jest, że trafił do klubu świetnie zorganizowanego i doskonale funkcjonującego. Dlatego przez te wszystkie lata nie musiał zmieniać drużyny i jest mu łatwiej się realizować. Nie dał się skusić prawdopodobnie lepszym ofertom transferowym, które miał proponowane. Jest nadal w PGE Skrze i to piękna, żywa ikona, które dalej funkcjonuje i, daj Boże, oby jak najdłużej.

Pamięta pan, jak Mariusz znalazł się w PGE Skrze?
- Byłem wtedy trenerem bełchatowskiej drużyny, ale nie powiedziałbym, że to tylko ja go sprowadziłem do PGE Skry. Teraz każdy może sobie przypisywać takie zasługi i sam bym je sobie przypisał (śmiech). Prawda jest taka, że byłem tylko trenerem, a nie człowiekiem odpowiedzialnym za transfery. To było zadanie ówczesnego prezesa Edwarda Maruszaka, Przemysława Mochnika, takiego moralnego opiekuna Mariusza w Zduńskiej Woli i Konrada Piechockiego, który wówczas był menedżerem klubu.

Zacznijmy od pierwszego spotkania z Mariuszem...
- Wtedy byłem jeszcze trenerem AZS Częstochowa i po jednym z turnieju w Wieluniu mieliśmy spotkanie po meczu w dość wąskim gronie. Był wówczas wspomniany już Przemek Mochnik, lokalny biznesmen, który aktywnie brał udział w życiu klubowym. Siedzieliśmy w jednym z pomieszczeń w hali i cały czas słyszeliśmy stukanie piłki. Spotkanie się trochę przedłużyło, a ten dźwięk wciąż był obecny. Powiedziano mi, że piłkę odbija młody talent, który w przyszłości będzie tak dobry, jak Tomek Wójtowicz. Oczywiście dyskretnie spojrzałem na moich rozmówców i nie chcąć ranić ich uczuć, nie powiedziałem, co sobie wówczas pomyślałem. Aż do momentu, kiedy zeszliśmy na dół... Zobaczyłem dziewczynkę, która odbijała piłkę z takim szczuplutkim chłopakiem, wręcz "badylakiem". To był Mariusz. Kiedy zobaczyłem, jak on się porusza, to przejście do auta znacznie się przedłużyło. Zachwyciłem się nim, tym bardziej, że wówczas dużo pracowałem z młodzieżą i miałem wyryte oceny młodych siatkarzy w oczach. Byłem w stanie jasno i klarownie przypuszczać, kto może coś osiągnąć. Mochnik pewnego dnia zapytał mnie czy jest szansa, żeby Mariusz mógł zagrać w reprezentacji Polski juniorów. Wówczas trenerem kadry był Grzegorz Ryś. Mariusz był już wtedy przez niego obserwowany, ale nie zgłosił się na zaproszenie do siatkarskiej szkoły i ta przygoda z kadrą się zamknęła. Juniorzy jechali wówczas na zgrupowanie przed turniejem, a to były czasy, kiedy nie było pieniędzy na młodzież, a na pewno nic ponad normę. Grzegorz powiedział wprost, że nie ma miejsca dla tego chłopaka, bo kadra jest skompletowana, a Mochnik wyjął z kieszeni plik banknotów, zapłacił za jego pobyt na obozie, do tego przywiózł go na miejsce. Trener nie musiał więc sięgać do kieszeni (śmiech). To nie tak, że ktoś Mariusza nie doceniał, takie po prostu były zasady. A na tle Michała Winiarskiego, Artura Augustyna, Marcina Możdżonka, Bartka Neroja czy Pawła Woickiego prezentował się na tyle dobrze, że wywalczył miejsce w reprezentacji.

To było pana pierwsze spotkanie z Mariuszem. A co z PGE Skrą?
- Mariusz miał do nas trafić od początku sezonu 2003/2004. Bardzo mocno optowałem za nim, ale zdania w klubie były podzielone. Nie było zdecydowania, bo w końcu był to młody chłopak, a miał wejść od razu w seniorskie rozgrywki. Te zdania były podzielone do momentu... sparingu, który zorganizowałem w okresie roztrenowania. To było jakoś w maju, dopiero przejmowałem wtedy zespół z Bełchatowa i poprosiłem o możliwość przyjrzenia się drużynie. Przyjechali też ludzie ze Zduńskiej Woli, by pokazać Mariusza i ewentualnie obserwować kogoś, kogo mogliby wziąć w zamian za niego. Po sparingu okazało się, że... nie zdecydują się go oddać! Na tle graczy, którzy mieliby zastąpić Mariusza w Zduńskiej Woli wszyscy wypadli blado i klub wycofał się z ewentualnej zamiany.

Mariusz ostatecznie trafił do Bełchatowa jeszcze w tym samym sezonie.
- Pod koniec listopada ostatecznie doszło do finalizacji tego transferu. Chłopaki z drużyny mieli różne uczucia. Nagle do ekipy wychodzi taki "szczypiorek", a na dodatek trener go lansował. Po jednym z przegranych meczów miałem delegację od zawodników. Mówili: "Trenerze, my chcemy wygrywać. Rozumiemy, że trener chce kreować młodych zawodników, ale dla nas ważne są wygrane". Musiałem to przełknąć, ale miesiąc później, gdy jechaliśmy na mecz do Kędzierzyna, zaproponowałem na odprawie taki skład, by dać Mariuszowi trochę odpocząć. I... znowu miałem tę samą delegację! "Trenerze, wiemy, co mówiliśmy miesiąc temu, ale prosimy, żeby Mariusz zagrał, bo obawiamy się, że możemy nie wygrać" - powiedzieli. Przyznam szczerze, że chyba nigdy nie miałem większej satysfakcji, choć nigdy tego nie okazywałem. A może tylko mi się wydawało? (śmiech). Oczywiście nie było to złośliwe. Podałem swoje przyczyny i przyznam szczerze, że dokonałem tej korekty, ale Mariusz nie zagrał całego meczu.

Od zawsze Mariusz był takim profesjonalistą, jak dziś?
- Wiadomo, że młodzi ludzie mają swoją fantazję i to nie jest tak, że ktoś rodzi się profesjonalistą. To przychodzi wraz z karierą, wiekiem, doświadczeniem. Jedno złapią to szybciej, inni później. Mariusz nie latał za rozrywkami. Był zawodnikiem, który fokusował się na swoje życie prywatne i jednocześnie realizował się w treningach. Miał pewne ograniczenia wynikające z jego delikatnej konstrukcji ciała. Łatwo można było go zniszczyć ciężkimi obciążeniami. Jeśli czegoś nie mógł zrobić, to nie oszukiwał, nie ukrywał tego, ale mówił wprost. Czasami było też widać po jego reakcjach, że nie jest w stanie czegoś zrobić. Jeśli były takie sytuacje, to każdy rozgarnięty trener, a ja się za takiego uważałem, jest w stanie coś z tym zrobić. Tym bardziej, że nie był to pierwszy tak zbudowany zawodnik pod moimi skrzydłami. Postrzegałem go jako wiarygodnego. Nie było też nigdy tak, że poszedł dzień wcześniej na piwo i potem nie miał sił na treningu. To chłopak o wielkim talencie, ale trzeba było go indywidualnie poprowadzić. Odbieram go pozytywnie, bo jak był w kolejnych reprezentacjach i próbowano nim negatywnie manipulować, to mówił "nie". Trzeba wtedy reagować. Dzwonił i mówił, że nie chce być traktowany tak czy inaczej. A w klubie wiedzieliśmy, że jeśli Mariusz coś mówi, to jest to fakt. To już były pewne pierwiastki profesjonalizmu.

Wspomniał pan o rozrywkach. Mariusz nigdy nie wdał się w żaden skandal, nie mówiono o nim w złym świetle.
- To prawda. Warto powiedzieć o tym, że Mariusz ze swoją małżonką znają się od czasów szkolnych. Ich związek to nie jest coś zaskakującego, choć trochę to trwało. Mariusz doskonale realizuje się w rodzinie. Oczywiście, jak każdy człowiek, może wypić lampkę wina czy koniaku, ale nie widziałem go nigdy sponiewieranego. Zawsze jest w porządku, umie się zachować we właściwej roli. To jest gość, który ma taki profil mentalny i życiowy, że można go stawiać jako wzór sportowca i człowieka.

Tak naprawdę to z Wlazłym PGE Skra zaczęła osiągać sukcesy.
- Był jednym z głównych elementów, towarzyszył tym sukcesom w sposób czynny, ale na nie składa się udział wielu graczy. Razem z Mariuszem grali przecież Michał Winiarski, Stephane Antiga, Krzysiek Ignaczak, bracia Stelmachowie i dziesiątki innych zawodników... Sukcesy to wspólny element, także zarządu klubu, prezesa Konrada Piechockiego, że udało się przez tyle lat Mariusza utrzymać. Udział Wlazłego w zdobywaniu trofeów jest szalenie istotny, ale do tego dochodzą sprawy trenerskie i też inni zawodnicy. Nie ma jednak co ukrywać, że Mariusz stał się sztandarem, jeśli chodzi o bełchatowskie środowisko. To wokół niego budowało się drużynę. Szacunek dla niego za talent, jakim się wykazywał jest ogromny, ale sukcesy to składowa.

Dziś wyobraża pan sobie PGE Skrę bez Mariusza Wlazłego?
- Po zakończeniu kariery Mariusz spokojnie sobie da radę. Przy jego charakterze moim zdaniem przed sobą ma jeszcze z pięć lat grania. Nie jeździ już z reprezentacją Polski, więc ma więcej czasu na regenerację i jest w stanie pograć, o ile pozwoli mu na to zdrowie. No dobrze, powiedzmy, że trzy lata to dla niego najmniejszy okres, w którym może jeszcze się realizować na najwyższym poziomie sportowym. A czy sobie wyobrażam PGE Skrę bez Mariusza? Zawsze bełchatowski klub będzie kojarzony z Wlazłym, nawet jeśli by z niego odszedł. Bedzie najistotniejszą postacią w historii tej drużyny. Trzeba jednak pamiętać, że jeśli nie będzie już Mariusza, to się stworzy nowego, bo taka jest kolej rzeczy. Wlazły to postać naprawdę wyjątkowa i mam nadzieję, że jeszcze będzie przysparzał przyjemności i radości kibicom PGE Skry. Oby tylko dopisywało mu zdrowie.

Sponsor strategiczny

PGE

Szybki kontakt

Klub Piłki Siatkowej Skra Bełchatów S.A.

KPS Skra Bełchatów S.A.
ul. Dąbrowskiego 11
97-400 Bełchatów
POLAND

tel/fax: +48 44 739 89 80
www.skra.pl
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.